Jaki etap w życiu takie lektury…
Mój syn, swego czasu, każdego wieczoru prosił, by mu czytać przygody Franklina lub Tupcia Chrupcia. Pewnego wieczoru Wojtuś poprosił o książkę: „Franklin: boję się burzy”. Ponieważ myślami byłem przy planowanym warsztacie „Oswoić swój cień”, wyszło inaczej. Złapałem za książeczkę „Franklin boi się ciemności”. Ufff, Wojtuś się zgodził, a ja poczułem ulgę, że nie czytam po raz setny tej same książeczki. Treści nie znałem. I cóż za odkrycie!
Nasz bohater Franklin bardzo boi się ciemności. Kłopot w tym, że jest żółwiem, a częścią natury żółwia jest wchodzić do swojej skorupki, która jest jego domem. Ciemnym domem. Ponieważ ten strach go paraliżuje każdego dnia, zmaga się z lękiem, na który nie ma żadnego sposobu. Tu wkracza mama i opowiada Franklinowi bajkę o małym żółwiu, który boi się ciemności. Bohater tej opowieści wyrusza w podróż, by znaleźć receptę na swój lęk.
Najpierw spotyka kaczkę. Kaczka nie boi się ciemności, ale dzieli się tym co ją trapi. Otóż boi się głębokiej wody! Następnie spotyka lwa, który boi się hałasu choć jego donośny ryk jest częścią jego wspaniałej natury. Następnie na swojej drodze spotyka wróbla, który boi się wysokości. Ostatni na jego drodze staje niedźwiedź polarny przerażony wizją mrozu.
Mały żółwik nie może się nadziwić, że każde z tych wspaniałych stworzeń ze wstydem mówi o trudnościach, które z jego perspektywy są częścią ich mocy. Niestety nikt nie ma recepty by rozwiązać jego problem. Natomiast każdy się dzieli tym jak radzi sobie ze swoimi ograniczeniami.
Kaczka kiedy nikt nie widzi bierze kółko do pływania, lew wkłada nauszniki kiedy hałas jest nie do zniesienia, wróbel ma na wszelki wypadek spadochron a niedźwiedź polarny skrywa ciepły sweter.
Franklin znajduje sposób by oswoić swój lęk: chowając się do skorupki zabiera po prostu latarkę. Ciemność zostaje oswojona.
Nie tak dawno przeczytałem taki cytat, że nie masz wpływu, jakie karty dostaniesz w rozdaniu, ale masz wpływ na to jak dobrze nimi zagrasz. Każdy z bohaterów tej bajki ma inny zestaw kart, lecz coś ich łączy
– Każdy ma jakiś cień. Coś co skrzętnie skrywa i co nie pozwala w pełni rozwinąć potencjału
– Cień jest bardzo bliski naszej natury i być może czasem trudno go dostrzec a jeszcze trudniej się przyznać że się go ma
– Ile cieni tyle rozwiązań. Nie ma jednej recepty.
Gdy Wojtek już był w objęciach Morefusza, przyszła do mnie taka myśl, oby została ze mną na dłużej: taką skorupkę jak Franklin każdy z nas ma. I ja i mój syn też. I każdy ją dźwiga od najmłodszych lat. Jest częścią naszego doświadczenia. Ja nie zdejmę bagażu mojemu dziecku. Moje rozwiązania są dobre dla mnie, ale nie przystają do jego natury. Więc szkoda czasu, by dawać mu złote recepty, jak ma żyć.
To co mogę zrobić to pokazać gdzie leży latarka. Może kiedyś się przyda.
Kiedy dorastałam, nie znałam pojęcia asertywności. Doświadczałam jej jednak na podwórku, w rodzinie i w szkole. Kiedy rozważałam, czy iść na wagary. Kiedy uczyłam się wybierać ludzi, z którymi chcę przebywać lub wydarzenia, w których chcę lub nie chcę brać udziału.
Często, bardziej uważna była na potrzeby innych ludzi niż swoje… Zwłaszcza na prośby o pomoc. Takie wyrażone słowami i takie ukryte za smutnymi oczami. Z tamtego okresu pamiętam moje wewnętrzne monologi: Czy pomagam, bo MUSZĘ, bo POWINNAM? A może dlatego, że CHCĘ i DECYDUJĘ SIĘ coś zrobić, ponieważ jest to dla mnie ważne?
Uczyłam się świata, a właściwie światów (tego zewnętrznego i wewnętrznego) oraz granicy pomiędzy nimi. Ta cudowna podróż trwa. Odkrywanie siebie, dojrzewanie do zmian i… zmiany!
Radość z relacji, w których jest autentyczność i wzajemny szacunek. Radość z pracy, która jest pasją.
Niosę ze sobą cudowny, wypracowany przez lata, skarb: łagodność w uznawaniu własnej niedoskonałości i łagodność wobec innych, wobec błędów i porażek. Poprzez ten pryzmat patrzę na siebie, na innych, na życie. Jestem trenerką. Dzielę się tym, co wiem, co umiem i w co wierzę. Już wiem, czym jest dla mnie asertywność:
Asertywność to stawianie czoła prawdzie o sobie. To szacunek dla swoich potrzeb, wartości i praw. To szacunek dla innych. To nazywanie rzeczy po imieniu.
Kiedyś usłyszałam od pewnej cudownej położnej, że na studiach spotkała profesora neonatologii, który zwykł powtarzać:
“Podstawą szczęśliwego życia jest spokojna mikcja (sikanie). Wystarczy spojrzeć na twarz noworodka, który sika z gołą pupą”.
Przyznam, że zaskoczyło mnie to zdanie, zatrzymało i zachęciło do refleksji.
Taka zwykła rzecz, jak sikanie ….
Dotyczy każdego z nas.
Niedawno usłyszałam od pewnej świetnej fizjoterapeutki: “Czasem mija 10 godzin pracy, a ja spostrzegam, że nie byłam ani razu w toalecie”.
OMG! Szewc bez butów chodzi.
Natychmiast przypomniałam sobie lata tresury, od przedszkola, przez szkołę, po pracę zawodową. Prawie wszędzie każą sikać na komendę, tylko wtedy, gdy jest tzw. przerwa.
Z pewnością także znasz te sytuacje, kiedy trzeba “WYTRZYMAĆ”, gdy przeskakujesz z nogi na nogę, gdy mózg już zalany i nie myśli logicznie.
To terror i przemoc wobec żywego organizmu, potrzebującego opróżnić się z toksyn.
Z biegiem czasu nabrałam przekonania, że sposób w jaki traktujemy swoje sikanie pokazuje nasz stosunek do życia, pośpiech w nim lub slow life.
Możesz zadać sobie pytania:
– Jak traktuję moją potrzebę sikania?
– Czy zdarza mi się napierać na pęcherz, by szybciej oddać mocz?
– Jak często „wytrzymuję” za bardzo?
– Czy przydarzają mi się infekcje dróg moczowych?
– Jak czuję napięcie w podbrzuszu?
– Czy dostrzegam związek między tym, jak traktuję swoje sikanie i napięciem mięśni głębokich w brzuchu?
Mam marzenie, abyśmy wszyscy zaczęli traktować swoje nerki i swój pęcherz z uważnością, troską i szacunkiem.
Wierzę, że to ważny krok do spokojnego i szczęśliwego życia.
Życzę sobie i Wam Wszystkim – spokojnej mikcji, by nasze twarze wyglądały, jak buźka sikającego niemowlaka.

Bardzo lubię to zdjęcie.
Widzę radość i kpiarski wzrok. To spory kawałek mnie.
I jeszcze te kwiaty uchwycone w centrum Katowic.
Dziś zastanawiałam się, jakie moje zdjęcie chciałabym pokazać moim przodkom i przodkiniom.
Jakiś czas temu, inspirując się pasją mojego męża, stworzyłam drzewo genealogiczne mojej rodziny.
Dzięki możliwościom, jakie daje internet (na stronie Meritum znajdziecie adresy stron, z których korzystałam) udało mi się dotrzeć do przodków nawet z XVII wieku. To niezwykłe doświadczenie dające w rezultacie poczucie ogromnego i głębokiego zakorzenienia.
Przyznam, że nie potrafiłam oderwać się od komputera, bo każdy odkryty członek rodziny powodował, że dalej chciałam odkrywać ….
Wciągnęło mnie rodzinne śledztwo, które dowiodło, że jestem w 100% ze Śląska.
Ze strony Taty – okolice Strzelec Opolskich i Mikołowa; ze strony Mamy – okolice Pszczyny.
No, nie wyprę się śląskich korzeni, że jestem Hanyską.
Zdecydowałam się też na badania DNA pokazujące skąd moje geny 🙂
Dowiedziałam sie, że część mojej rodziny, dawno temu, przybyła z Bałkanów, część ze Skandynawii i Krajów Bałtyckich.
Taka mieszanka pasuje do tego, jak siebie widzę.
W ferworze poszukiwań przodków miałam piękny sen.
– Stoję na scenie pięknego amfiteatru. Na trybunach, jako widzowie, siedzą moi przodkowie. Są ich dziesiątki, a może nawet setki.
Wszyscy patrzą na mnie wzrokiem pełnym Miłości, Dumy i Życzliwości. Nigdy nie czułam się tak błogo.
Gdy się obudziłam było mi ciepło i lekko na sercu. Poczułam, że już dość tych poszukiwań.
Wypełnia mnie spokój, gdy czuję połączenie z tyloma osobami, których doświadczenia mnie budują, inspirują; są nawozem, na którym wzrastam wraz z moimi dziećmi i wnukami.
I chcę pamiętać to uczucie, gdy widzę, że oni na mnie tak właśnie patrzą.
Na tym zdjęciu jestem bardzo szczęśliwa.
Wierzę, że moi przodkowie są szczęśliwi patrząc na mnie i na to co robię z moim życiem i w moim Życiu.
Czuję mnóstwo zapału i energii, by towarzyszyć innym w odkrywaniu korzeni, w docieraniu do odżywczych miejsc swojego rodu.
W pracy nad historią mojej rodziny korzystałam z następujacych stron internetowych:
Dziś w nocy śniłam, że zazdroszczę.
Nie było to nic wielkiego …. Zazdościłam koleżance, że tak interesująco i bezpośrednio się wypowiada.
Gdy się obudziłam uczucie zazdrości jeszcze we mnie było.
Objęłam się czule ramionami i tak sobie chwilkę pobyłam z doznaniami pojawiającymi się w ciele.
– Zapytałam sama siebie, co do mnie mówi ta zazdrość?
– Jaka moja potrzeba stoi za nią?
– Jaki kawałek mojego cienia przykrywa?
Przypomniałam sobie, jak zależy mi na precyzyjnym przekazywaniu informacji, na autentycznym wyrażaniu siebie.
Odnalazłam taki kawałek siebie (mojego cienia), który pragnie być podziwiany za bezpośredniość wypowiedzi.
Teraz, gdy o tym myślę, uświadamiam sobie, jak mi z tym bywa trudno.
Przyszły do mnie wspomnienia spotkań z ludźmi, którym z moją bezpośredniością było po prostu trudno. I jak mi jest wtedy trudno, bo jakaś moja dziecięca częśc czuje się niezrozumiana i odrzucona ….
Skontaktowałam się z częściami siebie, które teraz potrzebują zaopiekowania i mojej uwagi.
Poczułam wdzięczność do zazdrości, bo to od niej rozpoczęły się moje rozważania.
Wiele razy słyszałam od innych, jak „opieprzają się” za swoją zadrość. Tak szybko chcą ją z siebie wyrzucić, bo to „negatywne” uczucie.
Sama też tak robiłam, dopóki moja Przyjaciółka, znakomita terapeutka nie powiedziała:
Pamiętaj, że zazdrość to wspaniałe i pożyteczne uczucie.
Gdy pozwolisz jej chwilkę być, dowiesz się, o jakiej potrzebie mówi? Jaki kawałek Twojego cienia przykrywa? Możesz się także dowiedzieć czegoś ważnego i nowego o wartościach, które są dla Ciebie istotne.
Brzmi jak słowa Dobrej Wróżki.
A dobrych wróżek warto słuchać.

Indiańska dziewczynka opowiada nam taką historię:
Pewnego dnia przyszła do nas nowa nauczycielka, biała kobieta, Amerykanka. Była bardzo miła, ale miała okropne maniery. Zapisywała na tablicy zadania rachunkowe, dziesięć od razu. A potem ustawiała dziesięcioro dzieci przed tablicą. Każdy miał rozwiązać jedno zadanie. „Kto skończy jako pierwszy, odwraca się tyłem do tablicy” — powiedziała nauczycielka. Ale my czekaliśmy, aż wszyscy będą gotowi i dopiero wtedy wspólnie odwracaliśmy się.
Nauczycielka zdenerwowała się. „Przecież powiedziałam, że ten, kto skończy pierwszy, ma się odwrócić! Czy nie zrozumieliście, co do was mówię?” A wtedy wyjaśniliśmy jej, że to jest złe zachowanie — to, czego ona od nas żąda. Przecież to nieładnie, kiedy ktoś się wywyższa, a pozostali muszą się wstydzić. Nauczycielka zapytała nas, jak chcielibyśmy to zmienić. W odpowiedzi usłyszała: „Ten, kto potrafi dobrze rachować, nie odwraca się, lecz pomaga innym, którzy nie są tak dobrzy w rozwiązywaniu zadań”.
~ Willi Hoffsummer
Opowieść ta w jakiś sposób odzwierciedla nasze “meritumowe” podejście do życia, do edukacji, do relacji. Stawiamy na współpracę i akceptację współzależności. Bliska nam jest idea wzajemnego wspierania się. Tolerancja dla inności.
W MERITUM stawiamy na współbycie i wzajemne uczenie się, nie na rywalizację.

Prowadząc warsztaty rozwojowe przeznaczam dużo czasu, by określić ramy w jakich będziemy się poruszali w trakcie spotkania.
W praktyce tworzona jest umowa, którą nazywamy kontraktem grupowym.
Zawarcie kontraktu z grupą szkoleniową jest standardem wielu szkoleń. Podobnie jak w instalowaniu antywirusa wszystkie opierają się na tym samym założeniu – by chronić użytkownika. By, z jednej strony bezpiecznie wpuszczać treści prywatne, a z drugiej dbać o sprawy czysto organizacyjne. Diabeł tkwi w szczególe.
Od twórców zależy, na ile dane rozwiązanie będzie szczelne i ostatecznie spełni swoją rolę.
Moje doświadczenie mi pokazuje, że najlepiej, gdy twórca nie jest jeden, w postaci prowadzącego. Twórcami są wszyscy uczestnicy. Każdy ma swoją optykę na to, co ważne. Nasz firewall działa, kiedy jest przyjęty przez każdego uczestnika z osobna.
Kontrakt grupowy to ramy w jakich poruszamy się w trakcie pracy warsztatowej.
Czemu to takie ważne? Ponieważ warsztaty rozwojowe dotykają naszych emocji i mogą pojawić się wątki z naszego prywatnego życia. Tworzone są warunki, by dzielić się tym co osobiste i intymne. Bez ciągłego czuwania, czy przypadkiem to co mówię nie będzie ocenione, czy prowadzący nie będą wywierać presji, jeśli chodzi o moją aktywność.
To moment by ustalić priorytety.
Kontrakty mają różną treść. Ilu prowadzących i uczestników tyle kontraktów.
To, co dla mnie jest kluczowe to dyskrecja, wyjście z piekła ocen i taka aktywność, na jaką jestem gotów. To główne filary. Ale firewall też dba o wydawałoby się drobniejsze rzeczy. Zdarzyło mi się nieprecyzyjnie opisać, czym jest punktualność. Bo to przecież oczywiste.
Albo ominąć taki drobiazg jak wyłączenie telefonów. Zamiast umowy mamy niedomówienie, które na pierwszy rzut oka wydaje się błahe, a potrafi zdezorganizować pracę całej grupy.
Nie tak dawno podczas budowania kontraktu w trakcie treningu interpersonalnego pojawił się zgrzyt. Zaproponowałem jedną z zasad, jaką jest trzeźwy umysł. Nie rozwodząc się zbytnio – abstynencja od zmieniaczy świadomości przez 5 dni treningu interpersonalnego.
Dla mnie to ten ważny moment by się nie pojawił trojan w postaci kaca i przysypiania przez cały dzień. By to, co ważne załatwić w relacji a nie z lampką wina, po zajęciach.
Jeden z uczestników miał wewnętrzny konflikt: z jednej strony podzielał to przekonanie, z drugiej miał zaplanowane spotkanie z bliskimi znajomymi, które wiązałoby się ze złamaniem tej zasady.
Ten początkowy impas pozwolił się zatrzymać każdemu z nas i zastanowić się co jest priorytetem na najbliższe dni.
Nie była to dla niego łatwa decyzja. Zatrzymał się na tyle, że głośno sobie nazwał: „decyduje się być tu OBECNY przez te dni”.
Wolność wyboru jaką miał, różni się znaczącą od kompletnej swobody. Sam dzięki tej dyskusji miałem okazję sprawdzić jak dla mnie ten element jest ważny.
I tu pojawia się coś bardzo ważnego: „umawianie się” to już proces rozwojowy, sam w sobie.
Budowa firewalla w postaci kontraktu grupowego to rozpoczęcie pracy od poczucia wpływu, poukładania w głowie i sercu co na ten moment jest ważne i określenie ram naszego spotkania.

Czy zdarzyło Ci się kiedyś powiedzieć coś, co wydawało Ci się niewinnie, ale druga osoba zareagowała jakbyś właśnie obraził jej najbliższą rodzinę? A może w pracy próbowałeś/ próbowałaś zagaić, a skończyło się awanturą na miarę porządnego tornada? Jeśli tak, to znak, że czas na trening interpersonalny!
Czym jest trening interpersonalny?
Uczymy się mówić, słuchać i – co najtrudniejsze – robić to w sposób, który nie kończy się wzajemnym obrażaniem. Brzmi prosto? Niby tak, jednak czasem chętniej wybieramy dobre rady i całą paletę ocen, które uderzają w poczucie wartości zamiast budować porozumienie.
Jak to wygląda w praktyce?
W grupie siła. Spotykamy się w Meritum (na sali widocznej na zdjęciu:)) i zaczynamy ze sobą rozmawiać – bez telefonów, bez rozmów o polityce i codziennych trudnościach. Wszystko to zostawiamy na czas naszego spotkania za drzwiami. Wspólnie badamy swoje reakcje, odkrywamy dlaczego niektóre rzeczy brzmią lepiej w myślach niż na głos. Uczymy się, jak powiedzieć komuś, że się z nim nie zgadzasz, bez wywoływania wojen.
A jakie jest ryzyko?
Efekty uboczne treningu interpersonalnego istnieją. Możesz zacząć lepiej dogadywać się z innymi ludźmi. Istnieje ryzyko, że ludzie będą chętniej z Tobą rozmawiać.
Możesz też zauważyć, że czasem bardziej Ci zależy na tym by mieć racje a nie relacje. To co jednak jest optymistyczne to trening pomaga zmienić ten stan rzeczy jeśli tylko zdecydujesz się popracować nad komunikacją.
Dla kogo jest ten trening?
Dla każdego, kto ma dość nieporozumień, cichych dni i sytuacji, w których mówisz „wszystko w porządku” chociaż ostatkiem sił powstrzymujesz emocje które się w Tobie gotują lub wyciskają Ci łzy.
Podsumowując: jeśli chcesz lepiej dogadywać się z ludźmi, mówić tak, by inni słuchali, i słuchać tak, by inni chcieli mówić, udział w treningu może być dobry pomysłem.

Zakładam, że każdy z nas choć raz słyszał takie sformułowania: coś rzuca cień na nasze życie, coś się położyło długim cieniem, być w czyimś cieniu, bać się własnego cienia, być cieniem człowieka itd.
Te opisy to sposób oddania stanu, w którym tracimy wpływ na „coś”. A to co „coś” co jest nieuchwytne zwiększa swój wpływ na nas. Zaczyna żyć własnym życiem a odzyskanie stanu „przed” cieniem wydaje się niezwykle trudne. W domyśle powstaje założenie, że jest to stan niechciany, niepotrzebny i zagrażający.
I tu wkracza Jung. Założył odważnie że cień jest integralną częścią naszej ludzkiej kondycji i co ciekawe walcząc z nim i broniąc się przed nim można wylać dziecko z kąpielą.
Taki przykład: Kto mnie zna ten wie, że jeśli chodzi o taniec na imprezach czy śpiewanie to raczej trzymam się z daleka. Ostatecznie albo unikam takich sytuacji albo gdy w nich już jestem to doświadczam sporej niewygody, czasem wstydu i lęku przed oceną. Mam nawet na swym koncie udział w kursie tańca ale w żaden sposób nie potrafiłem się dobrze bawić. Mówiąc krótko same problemy. Skoro tak, lepiej od takich aktywności trzymać się z daleka.
Kilka lat temu uczestnicząc w gestaltowskim warsztacie terapeutycznym miałem spory kłopot. Z programu wiedziałem, że jednego dnia zajęcia będzie współprowadził aktor. Nie wiedziałem co to będzie ale byłem przekonany, że to nie dla mnie.
O ile cieszyłem się na całe wydarzenie tak ta część a raczej wyobrażenia o niej nie dawały mi spokoju. Snułem fantazje, że nie daj boże będę zachęcany do śpiewu albo tańca.
I naszedł ten dzień. Okazało się, że w mojej głowie obraduje cała rada nadzorcza pod przewodnictwem wewnętrznego krytyka. Wnioski z obrad były jasne: to będzie beznadziejne, ja będę beznadziejny a obcy ludzie od razu się zorientują, że beznadzieja to moje drugie imię.
Ponieważ w czasie pierwszych dni warsztatu wykonałem już sporo pracy, by lepiej czytać swoje emocje i sygnały z ciała zacząłem obserwować proces jaki zachodził we mnie. Otóż obok przekonań, że to jest głupie i beznadziejne doświadczałem ekscytacji w ciele. Mój organizm był w blokach startowych. Pełen mobilizacji, czekający niecierpliwie na swoje działanie.
Okazało się, że doświadczam takiej samej ekscytacji jak wtedy, gdy będąc chłopcem wychodziłem na boisko z kumplami i właśnie zaczynaliśmy upragniony mecz. Frajda była ogromna. I nagle tu zaczęło dziać się to samo. W warunkach pracy grupowej do głosu doszło czucie i intuicja.
To zauważenie sygnałów płynących z ciała pokazało mi, że radość z ruchu, z tego co nowe i nie wiadome tam ciągle drzemie! Dotarło do mnie, że po drodze w wyniku różnych doświadczeń do których dziś moja głowa nie ma dostępu rezygnowałem z różnych przejawów ekspresji, która pozwalała wyrazić siebie.
By to ogarnąć brałem mocno do siebie krytyczne słowa jako potwierdzenie, że dobrze robię. Na dodatek zdałem sobie sprawę , że całymi latami irytowali mnie Ci którzy z łatwością po taką ekspresję sięgali.
Trzymając się mocno obron odcinamy się od potencjału, który drzemie w częściach nie widzianych czy też nie chcianych. Na tym polega wylanie dziecka z kąpielą.
To uświadomienie stało się początkiem procesu zmiany. Z jednej strony coraz częściej doświadczam swobody sięgając po różne formy ekspresji zaś z drugiej w relacjach gdzie ktoś ma łatwość jestem zaciekawiony a nie trzymam się w dystansie.
Unikanie latami nic mi nie dało. Dopiero doświadczenie w grupie było jak przestawienie zwrotnicy by wybrać nowe tory w zwykłej codzienności.
Jeśli czujesz się gotowy/ gotowa na pracę by odkrywać potencjał własnego cienia to zapraszam na warsztat „Oswoić swój cień” w Meritum.
Więcej w linku w komentarzu.
Ps. Zajęcia z aktorem nijak się miały do moich wyobrażeń.
Po raz kolejny potwory z szafy rozpłynęły się a ten proces stał się jednym w ważniejszych w mojej pracy własnej.
Wielkie wdzięczność dla Olgi Haller i Jacka Panstera. Moich nauczycieli.
5 języków miłości, które budują udany związek.
Gary Chapman, znakomity terapeuta rodzinny, po wielu latach badań nad komunikacją par, nazwał 5 sposobów okazywania miłości, najczęściej stosowanych przez ludzi będących w bliskiej relacji.
Dla każdego coś dobrego …
- Podarunki specjalnie dla Ciebie
Tego sposobu wyrażania miłości nie powinniśmy mylić z materializmem. W prezencie ważny jest fakt, iż został on przemyślany, ważny jest wysiłek włożony w jego zdobycie, czy przygotowanie, nie jego wartość materialna. Idealny podarunek zawiera przekaz: znam Ciebie; wiem, co lubisz; czego potrzebujesz; troszczę się o Ciebie. - Czyny nie zawsze są ważniejsze od słów
Dla osoby u której dominuje ten sposób doświadczania miłości najwięcej radości przynoszą niespodziewane, szczere komplementy i słowa uznania. Ważne jest nie tylko mówienie takiej osobie, że się ją kocha, lecz pochwały i komplementy. W takiej rozmowie można skorzystać z cytatów, np. z ulubionego filmu lub książki. - Czas w 100 % dla Ciebie
Chodzi tutaj nie tylko o bycie razem, lecz wspólne rozmowy, wspólne działania. Nie jest czasem wysokiej jakości wspólne oglądanie telewizji, choć może nim być posiłek. (Pod warunkiem, że nie pochłaniamy jedzenia w zawrotnym tempie, a mamy czas na spokojną rozmowę). Ważna jest przy tym uwaga poświęcona drugiej osobie, prawdziwe, pełne jej słuchanie. Specjaliści w zakresie terapii par doradzają 20 minut rozmowy w ciągu dnia. Ciekawy jest także pomysł, by w każdym tygodniu jeden z partnerów organizował 2 godziny wspólnie spędzonego czasu, np. wyjście do kina, czy spacer po lesie. - Służba drugiej osobie – sposobem okazywania miłości
Czy umycie naczyń może być wyrazem miłości? Oczywiście. Istnieje powiedzenie: „w domu, w którym ludzie się kochają , naczynia myją się same”. Postawa służby dotyczy obu partnerów. Chodzi o to, by kobieta wykonywała akty służby wobec mężczyzny, mężczyzna wobec kobiety, a oboje służyli dobru swej rodziny. Warto tutaj pamiętać o bezpośrednim komunikowaniu partnerowi/partnerce swoich potrzeb. - Kontakt fizyczny – czuły język miłości
Nie chodzi przy tym wyłącznie o seks, choć oczywiście też jest ogromnie ważny. Osoby u których dominuje ten sposób wyrażania miłości lubią być dotykane. Trzymanie się za ręce, przytulenie, fizyczna obecność, czułe poklepanie po ramieniu… To wszystko jest ważnym sposobem okazywania czułości. Czuły kontakt fizyczny jest ważnym sposobem okazywania zaufania i buduje poczucie bezpieczeństwa i więzi w parze.
– Gary Chapman – terapeuta rodzinny
Który język miłości jest Tobie najbliższy?

Polecana literatura:
- „5 języków miłości” – Gary Chapman